Powrót



"Inni" - fragment



Któż jeszcze pamięta te wszystkie wróżki, elfy, skrzaty, olbrzymy i tym podobne postacie naszego dzieciństwa? Zaludniały świat, który był dla nas równie rzeczywisty jak koledzy z podwórka czy nasz dentysta. Potem wyrośliśmy z dziecinnych ubranek i porzuciliśmy myśli o innej rzeczywistości. Opowiadamy o niej dzieciom i wnukom, ale nie wierzymy już w prawdziwość tych opowieści. Wróżki i elfy odeszły z naszego świata, zostały wypędzone - spotykamy je tylko czasem nocą, we śnie.
   Ludzie minionych stuleci i tysiącleci podchodzili do tego zupełnie inaczej. Dorastali, żyli i umierali wierząc święcie w "karzełki" albo "olbrzymy" - były to duchy najczęściej niewidzialne, mieszkające ponoć gdzieś w lasach albo na okolicznych wzgórzach, czasem pokazujące się ludziom. Dopiero z nadejściem epoki Renesansu Kościołowi udało się za pomocą egzorcyzmów i wody święconej wypędzić wróżki i gnomy z ich ostoi. "I dlatego elfów już nie ma", pisał czternastowieczny poeta angielski Chaucer.
   Z tym większą mocą pojawiają się one na powrót w naszym świecie - zaadaptowane do naszych wyobrażeń, naszej techniki, naszych fantazji. Ale przecież są to te same demony, które swoim nieobliczalnym zachowaniem przerażały naszych przodków - raz były dobre, innym razem złe, raz przyjazne i pomocne, innym razem wściekłe i obrzydliwe. Ich zachowanie jednak, ich modus operandi przy zetknięciu z ludźmi, nigdy się nie zmieniły.
   Wyruszmy teraz w podróż w przeszłość.
   Zaczniemy od owych mitologicznych czasów przed naszą erą, gdy prawda historyczna mieszała się z legendą. Potem spróbujemy przejść po omacku do czasów nam współczesnych. Będziemy szukać innych, spróbujemy uchylić rąbka tajemnicy, okrywającej ich działalność w naszym świecie. Czeka na nas podróż pełna niespodzianych wiadomości i tajemnych cudów. 

   Jest trochę niemieckich legend o elfach i wróżkach. Ale większość takich opowieści pochodzi z Irlandii, Anglii i Szkocji. "Trzon przekazów musi być bardzo stary - pisze filolog Martin Lopelmann - znacznie starszy od treści najstarszych germańskich legend Eddy. Najdawniejsze irlandzkie rękopisy, zawierające takie przekazy, pochodzą z IX stulecia, już więc z racji swojego wieku są godne szacunku". Istotnie, wszystkie legendy o "karzełkach" biorą swój początek w zamierzchłych czasach przed narodzinami Chrystusa.
   "Kiedy byłem dzieckiem - czytamy w jednym ze zbiorów baśni irlandzkich - słyszałem, że dziad mój opowiadał o istotach ze wzgórz. Nikt nie znał tylu historii o wróżkach co on. Nigdy nie wybierał się po torf na moczary, nie będąc przygotowanym na spotkanie z nimi. Umiał wytłumaczyć ich istnienie. Dziadek mawiał, że kiedyś w niebie toczyła się wojna między Bogiem a aniołami. I Bóg przez ponad czterdzieści dni i nocy wyrzucał z nieba anioły. Niektóre zostały w powietrzu, inne spadły na ziemię, jeszcze inne runęły do morza. Słyszałem, jak pewien człowiek opowiadał, że zniszczyłyby ziemię, gdyby nie żyły nadzieją powrotu do nieba w dzień Sądu Ostatecznego." W tej opowieści odzwierciedla się oczywiście wielowiekowy wpływ chrześcijaństwa i jego wyobrażeń o hierarchiach niebieskich. Pierwotna wiara we wróżki nie zawierała informacji o walkach w niebie. Ale okazuje się też, że wróżki, przynajmniej w ludzkiej wyobraźni, dysponowały równie przerażającącymi możliwościami: możliwościami zniszczenia Ziemi. 
   Z minionego stulecia pochodzi też opowieść o skrzatach, spisana przez szwajcarskiego księdza Waltera Hopfa-Waldswila: "Cramer zapewnia, że wiara w górskie skrzaty powoli wymiera. W żadnym razie nie zamierzam temu zaprzeczać, chciałbym mu wszakże przypomnieć, iż jeszcze nie tak dawno na pewnej plebanii wyśmiewał się z usłyszanej tam legendy o pewnym skrzacie, a pan proboszcz [...] zaprzeczył mi z poważną miną stwierdzając, iż znał pewnego dziekana, który istoty takie widział na własne oczy, a nawet z nimi rozmawiał, a powiadano takoż, że mieszkają one na Księżycu".
   Ojczyznę wróżek, skrzatów i elfów wyobrażano sobie jednak zazwyczaj zupełnie inaczej. W. Y. Evans-Wentz uważa, że jest to niewidzialny świat, w którym świat nasz tkwi niczym wyspa w gigantycznym oceanie. Mieszkańców tej "innej ziemi" wyobrażano sobie z reguły jako istoty niewielkiego wzrostu, mogły one jednak przybierać również inne postacie, a nawet pojawiać się jako olbrzymy. Popularne były kształty na wpół ludzkie. Mocy swej używały niekiedy do uprowadzania, oszałamiania i więzienia ludzi. Kradły zboże i zwierzęta domowe, ale niekiedy bywały wspaniałomyślne i pomagały ludziom. Nie było wróżek, elfów czy krasnali całkowicie "dobrych" - z niewiadomych powodów robiły się one czasem złośliwe i pamiętliwe.
   Już ta powierzchowna charakterystyka pozwala nam dostrzec wyraźne zbieżności z wizerunkiem dzisiejszych załóg UFO, szczególnie z owymi dziwacznymi postaciami, które zdążyliśmy już poznać.
   We współczesnej literaturze ufologicznej wciąż wymieniany jest pewien fenomen: obce istoty potrafią zatrzymywać samochody i inne pojazdy bez stosowania jakichkolwiek urządzeń. Świadkowie takich zdarzeń mówią często o okropnym uczuciu, polegającym na utracie panowania nad pojazdem - albo jedzie on, często z dużą prędkością, jakby kierowała nim niewidzialna dłoń, albo staje. Silnik gaśnie, układ elektryczny przestaje działać, samochód zatrzymuje się na skraju drogi. Nierzadko osoby siedzące w samochodzie są potem w klasyczny sposób uprowadzane do UFO, tzn. wciągane do obiektu. 
   Ale zatrzymywać pojazdy potrafiły też wróżki: "W opowieściach o elfach czytamy często, że konie wierzchowe i pociągowe nie potrafiły przejść przez okolicę, w której albo było widać tańczące elfy, albo było słychać muzykę tych istot", pisze angielski badacz mitów John Michel. Elfy potrafiły nawet odgradzać niewidzialnymi barierami całe wzgórza czy połacie ziemi. Dermont MacManus opowiada historię, jaka zdarzyła się podobno w 1935 roku, a którą - zgodnie z miejscowymi wierzeniami - przypisano wróżkom. Pewna dziewczyna wspięła się na Lis Ard, wzniesienie w pobliżu swojej rodzinnej wsi, na które ludzie bali się wchodzić, zwane Wzgórzem Wróżek. Kiedy chciała ruszyć ku polanie, poczuła nagle jakby wewnętrzne szarpnięcie i zmuszona była pobiec w kierunku przeciwnym. Spróbowała jeszcze raz i spotkało ją to samo. Potem stwierdziła, że za każdym razem trafia na niewidzialną barierę. Bariera ta była tak rzeczywista, że dziewczyna poszła wzdłuż niej, kierując się dotykiem. Grupa osób, które po kilku godzinach wyruszyły na poszukiwanie zaginionej, minęła dziewczynę o parę metrów, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej krzyki i wymachiwania. Dopiero po wielu godzinach niewidzialna bariera zniknęła i dziewczynie - wykończonej nerwowo, głodnej, spragnionej i wycieńczonej do ostatnich granic - udało się wreszcie opuścić dziwaczne więzienie.

Johannes Fiebag

Powrót